Trwa 249. dzień inwazji na Ukrainę. Podsumowanie sytuacji na froncie – dr Marek Kozubel.








Jak się ma nasza Obrona Cywilna? (w tym miejscu ciepło pozdrawiamy ustawodawcę za pewną „dziurę prawną”), jak wygląda przegląd jej zadań i struktur począwszy od najniższych szczebli JST (jednostek samorządu terytorialnego)?, ale nie tylko w kwitologi (bo tam jestem przekonany, że wszystko jest super) tylko tak realnie, kiedy to ostatnio zrobiono jakieś większe ćwiczenia w tym zakresie? Jak wygląda kwestia znajomości przez obywateli rodzajów sygnałów ostrzegawczych z syren alarmowych (te chociaż są cyklicznie od strony technicznej sprawdzane) i nie, nie chodzi mi o rozesłanie pedeefa i zweryfikowanie, czy np. urząd gminy wrzucił to na swoją stronę internetową i sprawę można uznać za odhaczoną. Jak wygląda kwestia świadomości ogółu społeczeństwa do postępowania w przypadku różnych sytuacji kryzysowych, także poniżej poziomu wojny, czy edukacja odbywa się jak wyżej, czyli „na odwal się”?
Jak wygląda kwestia punktów zbiórek i tras ewakuacji ludności (znane komuś poza pracownikami wydziałów reagowania kryzysowego szczebla powiatu?), weryfikacji możliwości transportowych od choćby lokalnych firm transportu zbiorowego? A właśnie, sprawdzał ktoś, czy policja, straże miejskie przy współdziałaniu, no nie wiem OSP (ochotniczych straży pożarnych) mają wystarczające siły osobowe, by zabezpieczyć kierowanie ruchem i rozładowywanie zatorów na trasach ewakuacji, gdy w takiej Warszawie miasteczko Wilanów swoimi leasingowymi autami zapcha główne arterie komunikacyjne gnając na Berlin?
Skoro tak troszczymy się o mieszkańców miejscowości najbardziej narażonych na bezpośrednie działania wojenne (i słusznie), to pewnie tam ze szczególną intensywnością są prowadzone zarówno prace planistyczne, jak i ćwiczenia weryfikujące, związane z ewakuacją tak ludności, jak i zabezpieczenia oraz ewakuacji części dokumentacji z różnych instytucji mających tam swoje siedziby. Bo przecież nie jest możliwym, że takie ćwiczenia się nie odbywają cyklicznie i że nie zachęca się uczestników do pisania krytycznych uwag, jakie elementy w ich mniemaniu nie do końca się sprawdzają, a jakie należałoby poprawić – prawda?
Swoją drogą część ludności zamieszkuje w bezpośredniej bliskości różnych obiektów, które ze względu na swoje znaczenie mogą stać się celem ataków lotniczych i rakietowych. Roboczo można założyć, że niestety nasza oplot/oprak może nie okazać się w 100% skuteczna i coś dosięgnie celu lub jego okolic. W związku z tym trwa intensywny przegląd istniejących budowli ochronnych i jak rozumiem właśnie wdrażamy ich remonty i będziemy przystępować do rozbudowy „istniejącego systemu” – nie mylę się prawda? Wracając do styku: OC, służb podległych MSWiA, JST, OSP oczywiście mamy sprawie działający interoperacyjny system łączności mobilnej, zapewniający możliwość komunikacji między wszystkimi w/w i nie mam na myśli wariantu – Zenek masz numer komórki do komendanta policji i wójta w Piszczykowie? Oczywiście. Super, to dzwoń – . Tak wiem, są głosy, że „OC już w 1997 była martwa. Teraz jest gorzej. Brak formacji, brak sprzętu, brak środków. Nawet gdyby były pieniądze, nie ma gdzie kupować wyposażenia budowli ochronnych” – no dobra , ale czy to oznacza, że można włożyć ręce do kieszeni i udawać, że się nie widzi problemu? Ktoś powie, Leśnik jak zwykle marudzi i krytykuje, a nic nie zaproponuje. To proszę bardzo:
Dzieci, młodzież – edukacja i to powtarzana do „zarzygania” na lekcjach wychowawczych, EDB/PO, w-f. Skoro Japończycy szkolą dzieci już bodajże w przedszkolu, jak się zachować w czasie takiego trzęsienia ziemi, to nie widzę problemu, by jakieś elementy (oczywiście w stopniu odpowiadającym do wieku) wprowadzać od najniższego poziomu edukacji.
Dorośli – jesteś właścicielem jakiejś nieruchomości – przy każdym corocznym nakazie płatniczym podatku od nieruchomości – suplemencik w postaci 2-3 stronicowej skróconej ulotki OC, masz mieszkanie w spółdzielni mieszkaniowej – dostajesz w/w wraz z coroczną aktualizacją stawki czynszu. Wysyłasz zeznanie podatkowe z e-pit? W gratisie dostajesz na maila ulotkę OC (tak, wiem większość bez czytania wywali) – to tylko absolutne postawy edukacyjne na początek.
O jakiś ćwiczeniach praktycznych nawet bardzo ograniczonych terytorialnie (mała wioska, kilka ulic w małym miasteczku, kilka bloków w wybranym osiedlu) nawet raz na kilka lat, to nawet nie śmiem marzyć..
Tak sobie amatorsko/hobbistycznie myślę, że powyższe to znacząco podniosłoby poziom kwestii ochrony ludności i to nie tylko na wypadek wojny (bo sprawy związane z ewakuacją mogą się przydać choćby w przypadku skażenia terenu na skutek zdarzeń losowych), w sposób bardziej realny niż np. pomysł formowania dwóch nowych dywizji….

W ramach troski o nasze bezpieczeństwo, pomyślałem sobie, a może by podnieść zdolność bojową SZ RP przez np. ogólnokrajowe (i przez ogólnokrajowe, mam namyśli takie, które jednocześnie odbywają się na terenie całego kraju, od dużych miast mających rozbudowaną administrację JST, po najmniejsze zapomniane gminy wiejskie) ćwiczenie AKAP (Akcja Kurierska Administracji Publicznej), niech każde WCR (Wojskowe Centrum Rekrutacji) przygotuje kwity dla powiedzmy 10% z pośród mających przydziały mobilizacyjne tak, by objąć wszystkie powiaty, gminy, które obejmują swoim zasięgiem. Drogo? No przecież „bezpieczeństwo nie ma ceny”, a sprawdzimy, jak działają w praktyce poszczególne szczeble administracji samorządowej, okaże się, ilu jest „on tutaj nie mieszka”. Sadystycznie to mam jeszcze jedną propozycję. Pan Minister w piątek o 13 informuje, że w poniedziałek o 6 rano ma się zacząć specjalne ćwiczenie pt. „weryfikacja przejścia WP z czasu P na W” na przykładzie: 7bz z Trzebiatowa ze składu 7 BOW ma: dokonać pełnego rozwinięcia mobilizacyjnego w zakresie osobowym i sprzętowym zgodnie z tabelą należności, opuścić MSD (Miejsce Stałej Dyslokacji), mają zostać zorganizowane PRT (Punkt Przyjęcia i Rozdziału Środków Transportowych) i PPW (Punkt Przyjęcia i Wyposażania), batalion ma osiągnąć zadany RA (rejon alarmowy) – wszystko oczywiście w reżimach czasowych określonych w… Przecież chyba nie powinno być problemu z jednym batalionem przy tak wybitnym kierownictwie resortu… Jakby kto pytał, to absolutnie nie jestem złośliwy.
A gdybym był naprawdę złośliwym, to bym zaproponował ćwiczenie mobilizacyjnego dla szczebla dywizji plus jednostki wpierające, łącznie z tymi, które widnieją tylko w tabelach „W”. I dla przeciętnego zjadacza chleba, tak chętnie śmiejącego się nad niektórymi obrazkami w mobilizacji w Rosji, widok części sprzętu który wyjechałby na drogi, mógłby być odrobinę szokujący. Armie Donbabwe to byłby przy tym szyk, elegancja i nowoczesność…
A no i zapytałbym, jak wygląda sprawdzanie stanu przygotowania, do mobilizacyjnego rozwinięcia w ramach prowadzonych planowych i doraźnych kontroli gotowości mobilizacyjnej i bojowej… (Nie, proszę nie odpowiadać…)
A szczytem mojej złośliwości (i chamstwa niektórzy pewnie powiedzą), byłoby pytanie, jak często ZKMRJ (Zespół Kierowania Mobilizacyjnym Rozwinięciem Jednostki) ćwiczy w praktyce, no nie wiem, współdziałanie z WCR, WOG (Wojskowy Oddział Gospodarczy), organami JST (np. urzędem miasta czy gminy) w zakresie dostarczania pojazdów z gospodarki narodowej… Nie chcę zanudzać czytelnika innymi szczegółami z zakresu mobilizacyjnego rozwinięcia sił zbrojnych (dostępne dla ciekawych w powszechnie dostępnej, jawnej literaturze), ale pozwolę sobie na jeszcze kilka uwag na poziomie ogólnym.
Czy nie jest zasadnym pytanie, że po wszystkich reformach można przyjąć, że część WCR zostało obezwładnionych i można dostrzec ryzyko dotyczące przebiegu AKAP po stronie TOAW (Terenowych Organów Administracji Wojskowej). W przestrzeni medialnej padały pytania kierowane przez specjalistów (@Obronny2), czy te niespełna 90 WCR na cały kraj, to niewspółmiernie mało w stosunku do zadań, jakie realizują zwłaszcza z zakresu mobilizacji. Zupełnie inną kwestią, która może zagrozić powołaniu rezerwistów w ramach rozwinięcia mobilizacyjnego SZ RP (Siły Zbrojne Rzeczypospolitej Polskiej) , jest tzw. fikcja meldunkowa. Wiele osób jest zameldowanych w zupełnie gdzie indziej, niż faktycznie zamieszkuje. Zameldowanie u rodziców, choć faktycznie mieszka i pracuje się np. 150 kilometrów dalej – żaden problem i wcale nie epizodyczne zjawisko. O wyjazdach do pracy za granicę (i pojawianiu się w miejscu zamieszkania na święta i urlopy) nie wspominam. Niestety, co najmniej „niektórzy” rezerwiści, albo nie znają przepisów, albo je wprost lekceważą. Swego czasu w dyskusji rzuciłem pomysł, że WCR-y powinny mieć „wtyczkę” do systemów ZUS. To instytucja, która ma na bieżąco wiedzę gdzie, kto i gdzie (legalnie) pracuje – RCA. Na poziomie legislacyjno/technicznym – udostępnienie w czasie rzeczywistym TOAW migracji danych z ZUS i US – oczywiście zaszyfrowanych. Pełny system z gradacją dostępu, z automatycznym algorytmem wychwytującym niezgodności w stylu JPK VAT. IMHO „przemyślenie” liczby WCR i etatów, jakie posiadają, też nie byłoby głupią sprawą.


A skoro jesteśmy przy rezerwistach i ich liczbie. Wyobraźmy sobie taki dialog „Panie ministrze, melduję, że liczba rezerw osobowych niezbędnych do rozwinięcia mobilizacyjnego SZ RP wynosi X, tymczasem w ewidencji mamy X+n, jednocześnie chciałbym przekazać, że udało się pokonać wszystkie trudności i pański genialny pomysł dobrowolnej zasadniczej służby wojskowej rozwija się zgodnie z planem. – Bardzo dobrze pułkowniku, Tak trzymać. Nie możemy pozwolić, by jacyś malkontenci sypali piach w tryby naszej bezbłędnej maszyny zmian.”
Panu pułkownikowi serdecznie gratulujemy rychłego awansu i tylko „po Leśnikowemu” przyjrzyjmy się pewnym nieistotnym szczegółom. Nie mam wątpliwości, iż istotnie łączna liczba rezerw osobowych jest zgodna z potrzebami SZ RP i w tabelach wszystko pięknie się zgadza. ALE, jak powszechnie wiadomo, każdy żołnierz, niezależnie do jakiego korpusu osobowego należy, jest przypisany do określonej grupy osobowej i ma określoną specjalizację wojskową. Pewne „złe języki” powiadają, że stan rezerw w niektórych specjalnościach może być khmm niezadowalający, a przy proponowanym skokowym rozroście jednostek (np. artylerii rakietowej) mogą się pojawić pewne niedogodności. Co nam np. po dużej liczbie 20B 71 (piechota zmechanizowana), jak brakować nam może 20D 73 (obsługa techniczna sprzętu artylerii rakietowej), Że co, że szuka jest sztuka? I jakby co, to się szybko przeszkoli? No, miałbym w tym zakresie pewne wątpliwości. I z litości spuszczę zasłonę milczenia, jak wygląda kwestia wakatów, właśnie w niektórych specjalnościach w jednostkach istniejących w czasie pokoju… No i wracamy do kwestii „znalezienia” tych konkretnych rezerwistów z przyczyn adresowych, które wskazałem powyżej. Takie tam hipotetyczne rozważania hobbysty-amatora.
Wracając na poletko cywilno-samorządowe. Mała wiejska gmina, pani inspektor Ania (jeszcze młoda bo ok. 40-tki) zajmująca się podatkiem od nieruchomości, kwiecień 2022 – A wie pan, że przez wojnę to chłopaków do wojska biorą, bo znowu przegłosowali pobór? Grzecznie tłumaczę, że to tylko kwalifikacja wojskowa, że taka sama, jak co roku, a „zetka” to tylko jest zawieszona, bo nigdy nie została zlikwidowana itd. Pani podenerwowana rzuca: Proszę pana, ja wiem lepiej. A powiem panu jeszcze, że jakby ci ruscy napadli na nas, to tylko walną atomówką po naszym wojsku i tyle z tego będzie. Mówię panu, jak coś się zacznie dziać, to trzeba będzie szybko uciekać na Zachód. – Mając na względzie pozytywne załatwienie sprawy prywatnej, postanowiłem nie ciągnąć dyskusji. Wszelako po wyjściu z urzędu, naszło mnie, że istnieje więcej niż duże prawdopodobieństwo, że ta urzędniczka ma przypisaną rolę w ramach Stałego Dyżuru, albo nie daj boże AKAP… Zapewne, był to pojedynczy i odosobniony przypadek.
Niestety, musimy pamiętać, że od tego, jak się zachowa pani Jadzia z kadr czy pani Krysia z obsługi oświaty, czy będą odpowiedzialnie wypełniać powierzone im zadania, czy też może na pierwsze sygnały zagrożenia/paniki dadzą nogę do Niemiec, może zależeć, czy w urzędzie gminy Radowo Małe nie posypie się Stały Dyżur czy AKAP. A to też ma wpływ na mobilizacyjne rozwinięcie SZ RP. I może na próżno pójść poświęcenie ( w które nie wątpię, tak samo jak profesjonalizm) żołnierzy WP, gdy posypie się niby mały ale też istotny trybik systemu bezpieczeństwa RP.
Oczywiście, jest wielu samorządowców, urzędników różnego szczebla JST którzy rozumieją wagę choćby OC/zarządzania kryzysowego (chociażby dla tego, ze zamieszkują bp. tereny zagrożone powodzią). Oficerowie Zarządu Organizacji i Uzupełnień Sztabu Generalnego Wojska Polskiego (P1) i komórek zajmujących się kwestiami mobilizacyjnymi na niższych szczeblach, z poświęceniem i profesjonalizmem dokładają wszelkich starań, by system zadziałał i byśmy mogli czuć się bezpiecznie. Tylko w tym wszystkim, ja przynajmniej dostrzegam pewne lekceważenie powyższych spraw przez WSZYSTKIE partie polityczne wchodzące w skład rządów po 1990 roku, dość „betonową” odporność na sygnały ostrzegające, że nie wszystko jest super. A już nasze „o problemach nie meldować” w połączeniu z psychozą „wszystko super/hiper tajne – o tym nawet lepiej nie wspominaj” – daje w mojej ocenie, dość khmm niezadowalające rezultaty. I żeby było jasne moim zamiarem nie jest straszenie. Ewentualny atak Federacji Rosyjskiej na Polskę uważam za mniej niż prawdopodobny z wielu względów. W mojej ocenie odzyskanie przez Rosję potencjału militarnego porównywalnego z tym z przed 24 lutego zajmie najmniej dekadę. Odtworzenie zapasów materiałowych czy SpW, to gigantyczne zadanie i to nawet zakładając scenariusz zakończenia wszelkich sankcji i powrót do „business as usual”. O gigantycznym zadaniu odtworzenia strat we wszystkich korpusach osobowych nawet nie wspominam, bo tutaj IMHO nawet dekada to może być mało. Biorąc powyższe pod uwagę oraz kwestie polityki międzynarodowej, sojuszy, to inwazja FR nam w najbliższym czasie nie grozi. Ale skądinąd nie oznacza to, że nie powinniśmy zadbać o pewne hmm „niedomagające” kwestie związane z naszym bezpieczeństwem.
Jeśli zagadnienia poruszone w tym tekście uznajecie za ważne i spodobał się on Wam, proszę o RT.
Celowo nie poruszam wielu istotnych kwestii związanych z szerokorozumianym bezpieczeństwem narodowym. Pomijam kwestie polityki międzynarodowej, bezpieczeństwa energetycznego, polityki ekonomicznej, opieki zdrowotnej etc. Zostawiam to innym bardziej kompetentnym w tych kwestiach autorom.
Tekst powyższy powstał wyłącznie w oparciu o powszechnie dostępne źródła, w żadnym zakresie nie narusza Ustawy o ochronie informacji niejawnych i stanowi li tylko intelektualną zabawę autora.
Podobają Ci się moje teksty? Masz ochotę wesprzeć moja twórczość?
Możesz postawić mi kawę. Będzie mi bardzo miło https://buycoffee.to/lesnik

Alarm przewlotniczy dla centralnej Ukrainy.




Jako pierwszy, jeszcze w roku 1934 ruszyły dwutorowy proces pozyskania armat średniego kalibru zapewniających osłonę nieba na pułapie do 8000 m. Środek ciężkości początkowo leżał po stronie zakupów zagranicznych, a game-changerem miało stać się 220 obiecujących armat Schneider typ 4. Zakup nad Sekwaną niestety zakończył się fiaskiem. Zmarnowany czas udało się tylko częściowo nadrobić i to dzięki przesunięciu całości wysiłków na opracowywane równolegle w Zakładach Starachowickim armaty znane jako wz. 34. Ich udoskonalanie trwało długo i dopiero późną wiosna 1938 roku do 1. Pułku Artylerii Przeciwlotniczej trafiły pierwsze seryjne działa przedwojennej „Wisły” czyli armaty wz. 36 St. Do wybuchu wojny hale Zakładów Starachowickich opuściły 52 działa, ale jak to się mawia „sprawa była rozwojowa” (szczegóły będą tematem odrębnego wpisu).

Znacznie dynamiczniej i skuteczniej przebiegł proces pozyskania od Szwedów armat krótkiego zasięgu czyli 40 milimetrowych armat Bofors wz. 36 – odpowiednika dzisiejszej „Narwi”. Od prezentacji działa polskiej delegacji jesienią 1935 roku do uruchomienia samodzielnej, opartej na licencji, produkcji w kraju minęły tylko dwa lata (słownie: dwa). Prowadzone w ramach drugiego z systemów działanie nie traciły na impecie. Między 1937 a 1939 rokiem, do WP uzyskało 350 nowoczesnych armat o szybkostrzelności do 120 strz/min. i maksymalnej donośności do 4800 m. Bofors posiadał też „dar” ognia przeciwpancernego, ale to osobna historia. Pamiętać należy, że w krókim czasie sformowano od podstaw dziesiątki motorowych baterii dla których setek ciągników, ciężarówek, motocykli itd. dostarczyły PZInż. Środkową i najpilniej potrzebną części międzywojennej „Tarczy Polski” biedna, rolnicza i odbudowująca dopiero swój potencjał przemysłowy Rzeczpospolita stworzyła w nieco ponad dwa lata.

Wreszcie przedwojenny odpowiednik „Pilicy” czyli zestawy bardzo krótkiego zasięgu. Tutaj przez lata królowały ciężkie karabiny maszynowe, choć w latach trzydziestych ich skuteczność wobec nowoczesnych samolotów była już symboliczna. Nową jakością miały stać się tzw. najcięższe karabiny maszynowe czyli de facto szybkostrzelne działka kalibru 20 mm. Opracowana w 1937 roku broń znana jako nkm FK-A dziś najbardziej kojarzy się z czołgami TKS. W rzeczywistości swoje najszersze zastosowanie znaleźć miała w oddziałach liniowych jako broń przeciwlotnicza, a zapotrzebowanie na ten sprzęt kalkulowano w tysiącach sztuk. Docelowo broń zastąpić miała przeciwlotnicze ckm i zapewnić oddziałom w polu osłonę przed lotnictwem działającym na wysokościach do 2000 m. Ten udany projekt rozpoczęto jednak najpóźniej, co oznaczał tyle, że pod koniec dekady znajdował się dopiero w końcowej fazie prób. Pierwszych egzemplarzy holowanych polskich nkm 20 mm, z resztą na podstawach łudząco i nieprzypadkowo podobnych do tych znanych z 2 cm Fliegerabwehrkanone 38, należało się spodziewać dopiero w 1940 roku.
Jędrzej „Jendrass” Korbal
]]>Przypominam, że ppk ten wszedł na stan wojska polskiego w wyniku umowy z 13 maja 2020 roku. Zakupiono wtedy 60 wyrzutni (CLU) i 180 ppk FGM-148F Javelin. Wartość zawartej umowy wyniosła (netto) 54,5 mln USD. Zakupowi temu już wtedy towarzyszyły liczne kontrowersje związane z min. kwestiami faktycznych parametrów tych pocisków w polskich warunkach jak i posiadaniem licencji na produkcję izraelskiej konstrukcji PPK Spike. Te ostatnie były w trakcie produkcji dla WP stopniowo polonizowane. O kwestiach technicznych różnic pomiędzy tymi dwoma modelami zespołowej broni przeciwpancernej szeroko się odniósł znany publicysta militarny Jarosław Wolski.
https://fragout.uberflip.com/i/1055276-frag-out-magazine-22-pl/51?
Obecnie rozmowy na temat produkcji w Polsce PPK Javelin , biorąc pod uwagę prowadzone siłami polskiego przemysłu obronnego (PPO) projekty Pirat i Moskit, mogące przynieść w perspektywie zaledwie 2-3 lat dwa wzajemnie uzupełniające się i komplementarne systemy obrony przeciwpancernej należy uznać za co najmniej wyjątkowo szkodliwe, by nie użyć słów zdecydowanie mocniejszych i dosadniejszych na które zasługują.
Pojawiające się argumenty, że: jest wojna, Rosja za 2-3 lata nas zaatakuje (na ten temat szerzej niebawem się odniosę w oddzielnym wpisie) itp. należy uznać za zwykłe mydlenie oczu i sztuczkę PR.
Tak to prawda, że sytuacja w zakresie obrony przeciwpancernej w WP eufemistycznie rzecz ujmując wesoła nie jest. Faktem jest, że żołnierze WP w obliczu tego co mają na wyposażeniu chcą: dużo i natychmiast – i zresztą niespecjalnie należy się im dziwić, uczciwie sprawę ujmując.
Niezwalania to wszelako decydentów od prowadzenia przemyślanej polityki zakupów (co jest możliwe patrząc jak w kompleksowy i zasługujący tylko na pochwały jest program modernizacji obrony przeciwlotniczej) i tworzenia efektu synergii PPO-WP.
Posiadanie własnych produktów do których posiada się pełne prawa intelektualne, niemal nieograniczone możliwości eksportu, wydawanie środków budżetowych (które MON przecież nie bierze z sufitu, tylko ma je od nas polskich podatników) tu w kraju, by jak najwięcej powracało do budżetu to tylko jedne z kwestii. Jak się ma LCC (Life Cycle Costing – czyli całkowity koszt życia produktu, gdzie 30-40% to kwoty wydane na zakup, a 60-70% to pozostałe poniesione w okresie użytkowania w postaci części zamiennych, serwisów, napraw, modernizacji) to tak jakby będzie ciupkę inny w przypadku polskiego produktu a inny „co prawda zagranicznego, ale przecież produkowanego w Polsce”. O tym jaki był by potencjalny polski wkład w produkcji PPK Javelin, na ten moment nie ma rzetelnych informacji, ale znając tak polskie zdolności negocjacyjne, jak i to jak podchodzą do tego amerykańscy producenci uzbrojenia naprawdę ciężko być optymistą…
Mam nadzieję, że polityczni decydenci dogłębnie przemyślą kilka ważnych kwestii i pomysł zostanie „utrącony”. Mimo wszystko mam taką nadzieję…
Podobają Ci się moje teksty? Masz ochotę wesprzeć moja twórczość? Możesz postawić mi kawę. Będzie mi bardzo miło.

Najpierw Minister Obrony Narodowej Mariusz Błaszczak na Twitterze ogłasza leasing Reaperów, następnie Rzecznik Agencji Uzbrojenia doprecyzowuje warunki umowy.
„Wartość umowy wynosi 70,6 mln USD netto, a usługa będzie świadczona do czasu planowanego pozyskania bezzałogowego systemu rozpoznawczo-uderzeniowego MQ-9B #REAPER. Z uwagi na występującą tajemnicę przedsiębiorstwa bardziej szczegółowe informacje nie mogą zostać udostępnione.”
I właśnie tu pojawia się pewien znak zapytania, ponieważ w ocenie niektórych ekspertów, nie mamy do czynienia z umową leasingu, a „zakupem usługi” prowadzenia rozpoznania.
Jak to mówią, diabeł tkwi w szczegółach i jeden z użytkowników Twittera dokonmał dość obrazowego porównania:
„Na język prostego człowieka nie wzieliśmy samochódu w leasing, tylko podpisaliśmy umowę z firmą transportową że jak będziemy chcieli to podjadą i nas zabiorą.”
No właśnie… Dlaczego różnica może okazać się istotna? Otóż dlatego, że w przypadku leasingu jego przedmiot przechodzi w posiadanie leasingobiorcy, do wyłącznego użytkowania, a leasingobniorca może nim względnie swobodnie dysponować w granicach określonych umową leasingu. Zgodnie z polskim kodeksem cywilnym:
Art. 709[1]. Umowa leasingu
Przez umowę leasingu finansujący zobowiązuje się, w zakresie działalności swego przedsiębiorstwa, nabyć rzecz od oznaczonego zbywcy na warunkach określonych w tej umowie i oddać tę rzecz korzystającemu do używania albo używania i pobierania pożytków przez czas oznaczony, a korzystający zobowiązuje się zapłacić finansującemu w uzgodnionych ratach wynagrodzenie pieniężne, równe co najmniej cenie lub wynagrodzeniu z tytułu nabycia rzeczy przez finansującego.
Leasing zaawansowanego sprzętu wojskowego nie jest niczym nowym ani nadzwyczajnym. Wystarczy wspomnieć, że na takie rozwiązanie zdecydowały się Węgry i Czechy w przypadku samolotów wielozadaniowych JAS-39 Gripen. Leasing miałby w przypadku „polskich” Reaperów sporo zalet, w tym oczywitą możliwość zdobycia doświadczenia „hands on” przez polskich operatorów.
Jeśli jednak nie mamy do czynienia z umową leasingu, a umową – nazwijmy to – „o świadczenie usług
w zakresie rozpoznania obrazowego i elektronicznego przy użyciu systemu MQ-9A”, to pojawia się sporo znaków zapytania. Po pierwsze, czy polscy operatorzy będą obsługiwać system, zarówno w znaczeniu pilotowania Reaperów, jak i pozyskiwania, obróbki i analizy danych zbieranych przez te bezzałogowe statki powietrzne?
Po drugie, czy planowanie misji rozpoznawczych będzie odbywało się po stronie polskiej, czy też „usługodawca” weźmie tylko pod uwagę tzw. collection requirement (zapotrzebowanie na zebranie danych) strony polskiej i sam planował misję? Korzystając z przytoczonej powyzej analogii („jak będziemy chcieli to podjadą i nas zabiorą”): czy to „klient” będzie „ustalał trasę” według swojego zapotrzebowania, czy też „kierowca” dokona wyboru trasy wg swojego uznania, dostosowując ją jedynie do polskich „collection requirements”?
Po trzecie, czy system objęty umową będzie wykorzystywany na wyłączność przez polskie wojsko, czy też Siły Zbrojne RP będą tylko współużytkownikiem owego systemu?
Po czwarte i najważniejsze, czy biorąc pod uwagę, iż umowę zawarto „z uwzględnieniem przepisów amerykańskich”, strona polska zyska pełen i nieograniczony dostęp do danych gromadzonych na potrzeby Sił Zbrojnych RP przy pomocy tego systemu? Wystarczy bowiem, by strona amerykańska nadała dodatkową, szczególną klauzulę bezpieczeństwa (np „5 Eyes Only”), a udostępnienie tych danych będzie wymagało każdorazowej zgody władz amerykańskich.
Rzecznik Agencji Uzbrojenia, Pan ppłk Krzysztof Płatek, powołując się na ochronę informacji niejawnych oraz tajemnicę przedsiębiorstwa nie ujawnia bardziej szczegółowych informacji, zatem cztery powyższe pytania pozostają na razie otwartymi. Miejmy nadzieję, że w trakcie realizacji umowy niektóre szczegóły zostaną jednak podane do informacji publicznej i przynajmniej część wątpliwości dotyczących tej umowy zostanie rozwianych.
]]>






oraz
23.10 w Irkucku Su-30SM
O problemach jakie toczą WKS w trakcie działań nad Ukrainą pisałem już szerzej w poniższym artykule:
i można stwierdzić, że o ile od tego czasu (tekst został opublikowany 24 czerwca br.) sytuacja się zmieniła to… na gorsze. Problemy z częściami zamiennymi narastają w takim tempie, że nawet kanibalizacja egzemplarzy uszkodzonych już nie wystarcza. Dość powiedzieć, że zdarza się, iż średnio dobowo licząc, liczba maszyn w stanie operacyjnym w niektórych jednostkach wynosi 4-5 sztuk.
Zużycie sprzętu w warunkach bojowych jest, co oczywista znacząco wyższe, niż w normalnej eksploatacji. Piloci, by ratować się przed ukraińską obroną przeciwlotniczą, są zmuszeni „wyciskać ostatnie soki” ze swych maszyn, co powoduje znacznie szybsze „zmęczenie materiałowe” czy to płatowców, czy silników. Znaczna część samolotów, a szczególnie starszych Su-25, jest eufemistycznie rzecz ujmując w takim stanie, że dowództwo stanie przed dylematem, czy ryzykować życie pilotów i kazać latać na maszynach, które mogą się po prostu zacząć rozpadać, czy w ogóle je wycofać, godząc się ze znacznym zmniejszeniem stanu posiadania.
Odrębną kwestią jest wykruszanie się doświadczonej kadry instruktorskiej. Patologie dotyczące tego, jak rozdzielano w czasie pokoju godziny nalotu pomiędzy personel latający, wybuchły w tym konflikcie ze zdwojoną siłą. Doświadczona kadra dowódczo-instruktorska ze względnie dużym (jak na rosyjskie warunki oczywiście) nalotem, została w dość istotny sposób przetrzebiona na ukraińskim niebie (w najmniejszym stopniu dotyczy to jednostek stricte myśliwskich), a młodzi piloci okazują się być całkowicie niegotowi, zwłaszcza do wykonywania skomplikowanych misji uderzeniowych na ekstremalnie niskim pułapie w warunkach przeciwdziałania ukraińskiej oplot. Podejmowane na zapleczu próby podniesienia ich poziomu, na razie skutku nie odnoszą, a jeżeli już to w postaci zdarzeń gdzie występują kolejne straty…
A skoro przy stratach jesteśmy, to do tej pory (licząc bardzo ostrożnie, na podstawie wyłącznie zweryfikowanego materiału fotograficznego) straty WKS na Ukrainie wyniosły (licząc tylko maszyny bojowe): około 45-50 maszyn utraconych bezpowrotnie na skutek działań bojowych, 6-8 w wyniku katastrof nie związanych z przeciwdziałaniem przeciwnika. Szacuje się, że około drugie tyle (40-60) zostało wycofanych na skutek zużycia lub poważnych uszkodzeń w efekcie działań bojowych. Ale to jest, jak to mówią, „pikuś” w porównaniu do maszyn niezdolnych do lotów ze względu na brak części zamiennych…
Zagadką dla mnie pozostaje, jak przy takim stanie WKS, miały zamiar podjąć walkę z lotnictwem NATO.
Podobają Ci się moje teksty? Masz ochotę wesprzeć moja twórczość? Możesz postawić mi kawę. Będzie mi bardzo miło
